Forum Gildia Muz - Forum Literackie Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy    Galerie   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 

[Z] Stałem w słońca zachodzie jak płomień

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Gildia Muz - Forum Literackie Strona Główna -> Opowiadania, miniatury, drabble
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
kate-rama




Dołączył: 25 Sie 2008
Posty: 50
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: a bo ja wiem

PostWysłany: Nie 0:12, 15 Lut 2009    Temat postu: [Z] Stałem w słońca zachodzie jak płomień

Stałem w słońca zachodzie jak płomień
Rudozłoty, wysoki i chwiejny.
Za mną leżał szlak drogi przebytej
Jak ja pusty, martwy, beznadziejny...*


Miasteczko drzemało już, choć pora nie była późna. Nad dachami domów niebo płonęło barwami, tworząc obraz przepiękny i w każdej chwili inny. Gdzieś daleko żałośnie szczekały psy i wiadro dzwoniło o cembrowinę studni.
Stojący na wzgórzu wędrowiec włożył ręce w kieszenie, zgarbił się i patrzył. Zmęczenie dawało o sobie znać, w końcu szedł już od kilku dni, nocując gdzie popadnie. Miasto, na które spoglądał, nie wyglądało gościnnie, ale właściwie nie miał wyboru. Wokół tylko pola i pola. Wieczorny chłód podnosił się od ziemi w postaci gęstej, mokrej mgły.
Żałował, że nie wybrał się w podróż samochodem. Byłoby to kolejne złamanie reguł, ale przynajmniej nie musiałby spać na gołej ziemi lub w stogu siana. Nie respektował regulaminów od początku swojego istnienia, a teraz, chyba tylko na złość sobie, szedł piechotą. Potykał się o kamienie, zbaczał z drogi, błądził. Miało to swoje dobre strony – nie chciał budzić zbędnego zainteresowania – ale jednocześnie nastręczało wielu trudności. Dobrze, że przed wyruszeniem w drogę wypełnił kartę urlopową i dostarczył ją w odpowiednie miejsce.
Westchnął. Ludzie w miasteczku udawali, że śpią. Który dom wybrać, dokąd wcisnąć się na noc? Rozmyślając, zaczął schodzić ze wzgórza, wpatrując się intensywnie w jeden z budynków.

*

Zyta patrzyła przez brudne szyby na zachodzące słońce i mimochodem przesuwała pod palcami paciorki różańca. Jej usta szeptały słowa modlitwy, ale umysł zajęty był czymś zupełnie innym.
Nie mogła się skupić nawet na rozmowie z Bogiem. Nie umiała, tak jak jej ojciec, ufać i wierzyć bez granic. Obarczanie sił niebieskich typowo ludzkimi kłopotami wydawało jej się nieco nie na miejscu. Poza tym, tutaj mógł pomóc tylko i wyłącznie cud, a przecież w te nie wierzyła.
Ojciec od kilkunastu minut tkwił w innym zupełnie świecie. Z oczami utkwionymi w świętym obrazku zdawał się być ikoną pobożności. Zyta obserwowała go z początku ostrożnie, potem coraz śmielej, bo i tak nie zwracał na nią uwagi. Bardzo się zestarzał w ciągu ostatniego roku - osiwiał, zapuścił brodę i wąsy. Nic nie zdziałały modlitwy, zaraza pustoszyła okolicę z niesamowitą zawziętością. Nadchodziła powoli i spokojnie, a w jej cieniu więdły kwiaty i martwe ptaki spadały pionowo na ziemię.
Tydzień temu zachorowała matka. Zaczęło się niewinnie: ot, gorączka. Na to powinny pomóc napary z ziół, ale jakoś nie pomogły. Potem pojawiły się dreszcze i nocne poty, kobieta zataczała się i mdlała. Wczoraj przyszła baba znachorka i odkryła prawdę – gorączka i duszności były symptomami strasznej zarazy.
- Przygotujcie się – powiedziała – na szybką i okropną śmierć tej nieszczęśliwej niewiasty, bo niewiele życia jej zostało, oj, bardzo niewiele. Zresztą najlepiej zrobicie, jak opuścicie to przeklęte miejsce. Jej i tak już nic nie pomoże.
Uciekać? Ojciec tylko wzruszył ramionami. Nie było dokąd. Zostały zioła, które wykupił od znachorki za ostatnie pieniądze i długie modlitwy na klęczkach przed pożółkłym wizerunkiem Maryi. Zyta nie chciała umierać, ale była zupełnie bezsilna. Chorowali wszyscy, prędzej czy później. Miasteczko powoli zamieniało się w śmierdzący grobowiec.
Gdzieś daleko zaszczekał pies i dziewczyna zesztywniała. Śmierć przynosił obcy, posłaniec znikąd, który wchodził do wybranego domu i wyzwalał z cielesnych okowów dotkniętego zarazą nieszczęśnika. Tak mówiła znachorka, opowiadali sąsiedzi. Zyta na własne oczy widziała ciemną postać, która zeszłej nocy wymknęła się cicho z domu po drugiej stronie ulicy...
Pies ciągle szczekał, wręcz zanosił się ochrypłym ujadaniem. W pewnej chwili coś jeszcze zakłóciło wieczorną ciszę. Odległy, głuchy łomot. Ktoś dobijał się do drzwi.
- Maksymie, ktoś stuka – do izby zajrzał brat ojca, wuj Zenobiusz. – Boję się, że...
Ojciec też się bał, Zyta widziała to w jego oczach, w drżeniu ściskających różaniec rąk. Spojrzał w popłochu na łóżko, gdzie spoczywała matka.
- Przyszedł po nas – szepnął, a wuj Zenobiusz pokiwał głową ze smutkiem.
Stukanie w drzwi powtórzyło się. Dziewczyna spojrzała na ojca z niedowierzaniem, bo zerwał się i chwycił leżącą w kącie siekierę. Tkwiła tam od wczoraj - Maksym bał się wychodzić do drewutni po zapadnięciu ciemności.
- Że też nikt nie ma odwagi tego zakończyć! – Ojciec zacisnął dłonie na drewnianej rękojeści narzędzia. – Że też nikt...
- Ojcze, nie!
Mężczyzna wybiegł z pomieszczenia, za nim popędziła córka i poczłapał wuj Zenobiusz. Maksym dopadł drzwi i otworzył je jednym ruchem. Zamachnął się siekierą.
- Zgiń, przepadnij! – ryknął, wymierzając cios. Zyta zamarła, przygotowawszy się już w duchu na okropny odgłos, wywołany przez zetknięcie ostrza z ciałem. Nic takiego jednak nie nastąpiło – kto wie, czy nie było to jeszcze gorsze – a Maksym ledwo utrzymał równowagę.
- Co... co to ma być, do cholery? – dobiegło za chwilę z ciemności. – Siekierą, tak od razu? Niech żyje staropolska gościnność!
Dziewczyna wychyliła się lękliwie, rozjaśniając świecą kawałek mroku przed wejściem. Z ciemności wyłonił się człowiek - obcy, pokryty podróżnym kurzem. Nie żadna zjawa z kosą, klekocząca kośćmi.
- Szukam noclegu... – zaczął, z niemałym trudem wchodząc na stopień i opierając się o framugę.
Ojciec, z wyrazem skruchy na twarzy, wciąż ściskał siekierę. Patrzył z trwogą na przybysza, i ciągle jeszcze ciężko oddychał.
- Zaraza, panie – wyjąkał w końcu. – Noclegu... tutaj? W przeklętym mieście?
Dziewczyna spodziewała się, że nieznajomy zareaguje tak, jak wszyscy, którzy przypadkiem zabłądzili do ich niewielkiej osady: odwróci się i ucieknie. Tymczasem nic takiego się nie stało.
- Przecież wiem. Inaczej nie byłoby mnie tutaj. Ale tak, ta siekiera, to na zarazę?
- Kim jesteście?
- Michał. Tomasz... Nie, Emilian – zaplątał się mężczyzna. – Emilian. Nazywam się Emilian.
Zapadło milczenie. Przybysz zaglądał z nadzieją do wnętrza domu, a ojciec i córka tkwili w drzwiach jak wmurowani.
- Pomożecie nam zwalczyć chorobę? – zapytała z nadzieją dziewczyna.
- Być może.
Zniecierpliwiony, tupnął nogą.
- No co?
- Mogę wejść? Ledwo stoję.

Dziewczyna postawiła na stole miskę z parującą zupą. Świeca dawała niewiele światła, w kątach pokoju czaiły się cienie.
- Sama gotowałam – pochwaliła się. – Zwykła, prosta strawa...
Maksym spojrzał w lewo, na drzwi, prowadzące do pokoju chorej.
- Zaraza, nic innego. Baba znachorka nakazała okłady: robiliśmy okłady. Potem przyniosła zioła, więc okadzaliśmy, nacieraliśmy... Wszystko na nic.
Przybysz milczał, grzebał łyżką w misce. Z powątpiewaniem podniósł w końcu do ust odrobinę potrawy.
- Nie tylko moja żona choruje – kontynuował ojciec. – Pół miasta, panie. Nie wyobrażacie sobie, jakie to dla nas trudne. Zaczyna brakować i jedzenia, i wody... Ktokolwiek przybędzie, ucieka i to jak najdalej, bo choroba podobno nie...
Urwał.
- Nie smakuje wam? Nie mamy nic lepszego.
Nieznajomy – albo, jak się kazał nazywać, Emilian – wsunął łyżkę do ust i nie wiedział, co robić dalej. Chwilę myślał, potem przełknął, ale nie wydawał się przekonany.
- Nie będę jadł – oświadczył zdartym szeptem. – Nie jestem głodny. Niedawno upolowałem sobie hmm... przepiórkę.
Wuj Zenobiusz, który właśnie wszedł do pokoju, zarechotał.
- Przepiórkę? A to dobre. Pan to pewnie z tych szanownych, którym muszą gotować zagraniczne kucharki. Tu jest bieda, a nawet jeśli w jakimś domu znajdzie się kucharka, to i tak umie tylko zacierkę i bigos. Ot co.
Nie wygląda, jakby jadał przepiórki i inne wykwintne dania, pomyślała Zyta. Spodniami ojca mógłby się okręcić ze dwa razy, ale to o niczym nie świadczy. Ręce ma silne i chyba spracowane, a twarz zmęczoną i pod oczami sine cienie.
- A żeby pan wiedział – uśmiechnął się Emilian, jednocześnie odsuwając miskę. – Nie kłopoczcie się o to, co będę jadł. Chciałbym się tylko przespać. Gwarantuję, że do rana nikt w mieście nie umrze.
Pewność, z jaką to powiedział, poruszyła nawet jowialnego wuja Zenobiusza. Zyta zakrzątnęła się i w mig przygotowała łóżko. Maksym popatrywał z ukosa na nieznajomego, marszcząc brwi.
- Skąd to wiecie?
- Znikąd. Albo się wie, albo nie. W moim przypadku to pierwsze.
- Ale jak...
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła – Emilian pochylił się ku pytającemu i spojrzał mu w oczy. – Chyba nie chce pan trafić do piekła, prawda?
Zyta zerknęła na ojca. Wyglądał na wystraszonego, nie wiadomo, czy piekłem, czy raczej tonem, jakim przybysz oznajmił tę ludową mądrość.
- Pójdę już – powiedział i wstał z krzesła. – Śpijcie dobrze. Zyto, nie będę długo palić świecy, pomodlę się tylko trochę. Dobranoc.
- Dobranoc ojcze.
Emilian również mruknął „dobranoc” i podszedł do okna. Wuj Zenobiusz pociągnął kilka razy nosem, po czym opuścił pomieszczenie. Zyta otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale nieznajomy ubiegł ją.
- Zniknę tak szybko, jak będzie to możliwe. To nie jest towarzyska wizyta czy coś. Załatwię sprawy i już mnie nie ma.
- Ale...
- Robicie wszyscy przestraszone oczy. – Zyta miała w tej chwili bardzo przestraszone oczy, jednak on nie mógł tego widzieć, bo stał do niej tyłem. – Tak, pani też. Teraz i wcześniej. Cóż na to poradzę, że musiałem iść akurat tą drogą i trafiłem do waszego miasta. Może przynajmniej na coś się przydam.
- Ale...
- Ale i ale! – zdenerwował się. – Ludzie to cholernie bezrozumne istoty. Ale, też coś. Proszę wybaczyć, że tak się panoszę, ale naprawdę padam z nóg.
Zdmuchnął świecę i wokół zapadła ciemność. Zyta zadrżała i uciekła tam, gdzie było bezpieczniej – do sąsiedniej izby.

*

Nie ma czasu na sen, myślał, znów wyglądając przez okno. Wszystko wygląda gorzej, niż przypuszczałem. Pocieszające jest tylko to, że główne ognisko znajduje się właśnie tutaj i nie będzie trzeba dalej włóczyć się po polach i łąkach.
Usiadł na łóżku. Pościel była świeża i pachniała bardzo przyjemnie, ale w całym domu unosił się lekki zaduch choroby. Położył obok nieistniejącą torbę i wyjął z niej mydło, ręcznik i zwój bandaża. Za miastem płynęła rzeka – o ile się nie mylił, dość czysta.
Zakwaterowanie dostał zupełnie legalnie, więc bez wyrzutów sumienia opuścił izbę i wyszedł do sieni, mijając przy okazji wuja Zenobiusza. Z głębi domu dobiegały ciche słowa modlitwy, widocznie Maksym znów kiwał się pod świętym obrazkiem. Zenobiusz zjadał kiełbasę, jakby to był przysmak godny królewskiego stołu.
Jeżeli jutro rano dadzą mi śniadanie, to oszaleję – pomyślał „Emilian”. Wystarczająco dobijający jest już fakt, że ciągle patrzą i patrzą. Oczy jak koła młyńskie. Przez ich zainteresowanie mam kłopoty z lokalizacją ogniska, a przecież wiem, że to tutaj. Ten się jeszcze pyta, skąd to wiem.
Coś roześmiało się dziko i bezgłośnie, zatrzepotało skrzydłami tuż nad jego głową. Rzeka szumiała, miasto wytrzeszczało puste i czarne ślepia.
- Zimne, cholera – syknął, zanurzając się w srebrnawej głębi. Ograniczył toaletę do niezbędnego minimum, cały czas szukając w przestrzeni obok wyraźniejszych śladów tego, co musiał odnaleźć. W pobliżu nie było nikogo, w dodatku panowała błogosławiona ciemność, więc szczegóły wyglądu stawały się nieważne. Z tych ludzi to dopiero obserwatorzy. Chociażby dziewczyna: niby cnotliwa panna, buzia w ciup, a tu wzrok taksujący niczym u jurorki z konkursu piękności.
Za mało wziąłem tego cholernego bandaża, zdenerwował się po chwili. Nie wiadomo, ile zejdzie tu, w tym mieście, a nie mam żadnej gwarancji, że na tym się skończy. Oni używają tylko szmat. Czystych, bo czystych, ale jak można tak nosić na sobie szmaty...
Ubierał się pospiesznie, drżąc z zimna. Ciepła, lipcowa noc zdawała się go nie dotyczyć. Oparł się o najbliżej stojące drzewo i przez kilka minut dochodził do siebie. Na wszelki wypadek, gdyby ktoś w domu napatoczył się na niego ze świecą w ręce, wolał wyglądać jak należy. Przesunął rękami po twarzy, potem obejrzał dłonie. W porządku, może być.
Wolnym, nieco niepewnym krokiem ruszył z powrotem w kierunku miasta. Wszędzie było cicho, jak makiem zasiał.
- Wiem, że gdzieś tu jesteś – powiedział w mrok. – Jeszcze cię nie zlokalizowałem, ale zapewne do jutra wieczór będzie już po wszystkim. Lepiej się pokaż, bo może być nieprzyjemnie.
Nikt nie odpowiedział; zresztą, przecież nie spodziewał się innej reakcji. Tylko w górze znów rozległ się chichot i ciemny kształt zanurkował wśród wierzb, rosnących nad rzeką.
Zanim jeszcze wrócił do gościnnego domu, obszedł całe miasto. Zaglądał i do studni, i w bramy. Podnosił martwe ptaki, zaglądał w rozszerzone nocą kocie oczy.
Potem położył się w pachnącej ziołami pościeli i zasnął.

*

Zyta obudziła się pierwsza, zajrzała do matki i jak zwykle wybiegła na dwór. Chciała nasycić się porannym powietrzem, zanim jeszcze na ulicach pojawią się ludzie i wypuszczą ohydny smród zarazy z gorących od snu domów. W nocy i rankiem nie śmierdziało, to dzień cuchnął przerażająco i smutno zarazem.
Na zewnątrz przypomniała sobie o Emilianie. Dziwny człowiek, nie wiadomo, skąd przyszedł i nie wiadomo, dokąd chciał dojść. Nic właściwie o sobie nie powiedział. Jak mogła sądzić po ubraniu, pochodził z dalekich stron, bo tutaj odzież wyglądała inaczej. Zresztą, mniejsza o odzież. Cały był inny.
Budził niepokój, zanim jeszcze stanął na ich progu. Zapowiedział, że matka nie umrze do rana i tym samym, nie wiedzieć czemu, zagwarantował Zycie spokojną noc. Mówił normalnym językiem, a jednak nie mogła zrozumieć prawie połowy tego, co usłyszała.
Miasto wciąż pogrążone było w ciszy, widocznie nie tylko u nich w domu tym razem zwyciężyło życie. Słońce świeciło tak radośnie, jakby chciało powiedzieć „Nie martw się, wszystko będzie dobrze!”
- Zyta, Zyta! – zawołał nagle znajomy głos. Wuj. – Nie widziałaś gdzieś tego przybłędy? Łóżko puste, w wychodku też go nie ma. Umknął, czy jak?
Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niej, że chodzi o Emiliana.
- Nie widziałam nikogo, wuju. Może wstał wcześnie i postanowił obejrzeć miasto. Dlaczego „przybłędy”?
- Chodź do domu, nie udeptuj placu jak głupia – zdenerwował się Zenobiusz. – Przybłęda, bo jakiś taki, księżycowy. Stoi tyłem i wszystko widzi. Chyba ma oczy w...
- W dupie, chciał pan powiedzieć? – Emilian nagle pojawił się tuż obok. – Ubolewam, że jednak nie, mam tylko jedną parę oczu i to raczej tam, gdzie trzeba. Czasem po prostu okazuję godną ludzi ciekawość albo gapię się nie wiedzieć na co. Wczoraj patrzyłem, jak pan wcina kiełbasę. Smakowało?
Wuj Zenobiusz zakrztusił się z wściekłości.
- Co, co... – wybełkotał. – Jak śmiesz, ty...
Utarczkę – dość śmieszną, zdaniem Zyty – przerwało wejście ojca. Maksym miał poszarzałą twarz, oczy rozszerzone strachem.
- Panie, ratuj! – zawołał, chwytając Emiliana za rękę. Dziewczyna zauważyła lekki skurcz bólu, jaki przemknął po twarzy nieznajomego. – Moja żona... ona umiera.

Za chwilę stanęli nad łóżkiem chorej. Było bardzo źle – kobieta nie mogła złapać oddechu, posiniała, charczała i rzucała się po posłaniu. Zyta widziała już, jak wygląda śmierć w wyniku zarazy, ponieważ czuwała przy sąsiadce w jej ostatnich dniach na tym świecie. Teraz miała łzy w oczach, patrząc na mękę najukochańszej osoby.
- Matko Boża, ześlij cud, nie pozwól jej odejść... Zdrowaś Maryjo, łaski pełna... – łkał Maksym, ściskając w rękach różaniec. – Ojcze, któryś jest w niebie, uratuj moją Adelę, święć się imię twoje...
Emilian skrzywił się, chrapliwy głos tego człowieka był zdecydowanie zbyt nachalny i świdrował uszy jak wiertło. Ominął stojącego bez ruchu Zenobiusza i podszedł do łóżka. Powietrze falowało, choć przecież tego nie dostrzegał nikt poza nim.
Pochwycił spojrzenie Zyty – błagalne i przerażone. Na niekończące się korytarze... nieważne, czego – oni mu ufali. Nawet ten żarłoczny obibok od kiełbasy.
Nie pytajcie, proszę, co teraz robię, pomyślał. Pochylił się nad chorą i starał się, żeby jego ruchy wyglądały jak najbardziej naturalnie – coś w tym stylu, jak ablucje miastowej znachorki. Wykonał kilka gestów, dość nieznacznych, a potem dotknął ręki kobiety. Kontakt fizyczny był niezbędny, żeby mógł dokonać niezbędnych zmian.
Cudotwórca – przemknęło przez myśl Maksymowi.
Szarlatan – pomyślał Zenobiusz.
O Boże – szepnęła Zyta.
Chora przestała się rzucać po łóżku. Powoli, powoli, jej twarz nabierała normalnego, cielistego koloru. Emilian oparł się jedną ręką o ścianę, drugą wciąż przytrzymywał dłoń kobiety. Po chwili usiadł. Adela otworzyła oczy i zaraz je zamknęła, ale widać było znaczną poprawę.
- Jest... uratowana... – szepnął Emilian, próbując wstać. Maksym zerwał się z klęczek, podbiegł do żony i zaczął całować jej dłonie. Zyta zbliżyła się również.
- Nie ma gorączki – powiedział z niedowierzaniem ojciec. – Jak to zrobiliście, przecież ona zapadła na tą samą śmiertelną zarazę, co inni – a wszyscy umarli.
Cudotwórca i szarlatan w jednej osobie, a zdaniem Zyty ktoś znacznie potężniejszy, wycofywał się ostrożnie, cały czas blisko ściany. Dobrnął do drzwi i wybiegł na zewnątrz, nie słuchając, jak wuj Zenobiusz wygłasza swoje zdanie i jak dziewczyna szlocha z radości na widok uzdrowionej matki.

*

Niech to jasna cholera i wszyscy diabli. Niech to szlag.
Zwinął się w pustej stajni, gdzie chyba jeszcze przed chwilą stał koń i załatwiał swoje potrzeby. Nic to. Ból był rozdzierający, zresztą – jak zwykle. Po raz kolejny pożałował, że nie wziął więcej bandaży. Nieważne. To wszystko jest nieważne.
Wyczuł ją, kiedy tylko stanął nad łóżkiem chorej, zanim jeszcze zdecydował się na dość ryzykowne i obarczone poważnymi konsekwencjami działanie. O cholera, jak boli. Ze wszystkich, zajmujących się tym rejonem, musieli wybrać akurat ją.
Przypomniał sobie wszystkie życzliwe słowa. Ot, chociażby pierwsze, jakie do niego skierowała: „Uważaj, on może więcej, niż ci się wydaje...”. Były kolejne, równie pozytywne, równie pomocne.
Przybył tu z rozkazem znalezienia ogniska zarazy. Cholera! Zlecając jej zadanie rozpętania tu piekła na ziemi, chyba nie wiedzieli, co robią – nie wiedzieli, skoro niedługo potem nakazali jemu działanie zupełnie odwrotne. Miał czas do wieczora. Ognisko musi być wykryte i zlikwidowane. Koniec i kropka.
Dobrze wiedział, że w takich przypadkach nie było żartów. Nie w tych realiach.
Przepraszam – po raz pierwszy mógł ją zlokalizować. – Przepraszam. To nie moja wina.
- Wiem – powiedział głośno. – Wiem.
Zrób coś. Dobrze wiesz, że ja nie mam takiej władzy. Próbowałam jakoś to obejść, ale nie mogłam. Odwdzięczę się, z pewnością zdarzy się sytuacja, że to ja ci się przydam...
- Też masz czas do wieczora? – zapytał, ale przecież znał odpowiedź. – A co, jeśli nie wywiążesz się ze zlecenia?
Nie pytaj...
Właściwie czego się spodziewałeś, idioto? – tym razem pytał samego siebie. – Skryptu? Sztucznej inteligencji? Wiedźmy rodem z bajek dla dzieci?
Nie złość się na mnie.
- Nie złoszczę się, tylko myślę. Wiesz, to musi być dobry i niezawodny sposób. Taki, żeby jednocześnie rozwiązywał problem i żeby im poszło w pięty. Niedoczekanie. Przecież zrobili to specjalnie, jak zwykle.
Musisz? Nie można jakoś... asekuracyjnie?
- Asekuracyjnie – ja? Chyba żartujesz. Zresztą obawiam się, że tu się tak nie da.
Dziękuję w takim razie. Nie chcę myśleć, ile już masz na koncie takich asekuracji...
On też nie chciał myśleć. Począwszy od setek rozjechanych piesków i kotków, przez matki, leżące na łożu śmierci, po straszliwie skrzywdzone noworodki – tyle istnień...
Uratowanych istnień. Jeśli nie oni, to zapewne doceni to ktoś inny. I ja też, choć to marna pociecha.

*

Emilian nie wrócił, zapadł się jak pod ziemię. Zyta właściwie się nie dziwiła – dla niej liczyło się tylko to, że matka znów była z nimi. Zadziwiająco szybko wróciła do siebie i po raz pierwszy od długiego czasu zjedli razem obiad. Co tam inni. Co tam cały świat. Rozmawiali, cieszyli się. Potem – kolacja, przy wspólnym stole i w pełnym składzie. Po jedzeniu powędrowali spokojnie do łóżek i tym razem modlitwa ojca była radosna, dziękczynna.
W środku nocy dziewczynę obudził straszliwy hałas. Szczekanie psów, czyjeś krzyki, stukania, trzaskanie drzwiami. Zerwała się z łóżka, otworzyła okiennice. Przed domem naprzeciwko zgromadziło się chyba całe miasto. Ludzie krzyczeli i wymachiwali pochodniami, niektórzy mieli świece.
Obudzili się rodzice i wuj Zenobiusz, razem wyszli przed dom.
- Mamy go! – oznajmił im sąsiad, zażywny mężczyzna w kwiecie wieku, odziany w szlafrok i gumowce. – Koniec naszych kłopotów. Widzicie, wlazł przez okno z zarażonym ptakiem, chciał go podłożyć do łóżka. Narobiłem rabanu i synowie, którzy jeszcze nie spali, pomogli mi go złapać. Krzyki obudziły innych. Nakładł ptaków prawie we wszystkich domach!
Ojciec nie rozumiał.
- Patrzcie, sąsiedzie – mężczyzna wyciągnął rękę, w której trzymał martwego ptaka. – Ja się nie boję, bo już pochowałem córki, sąsiedzie, i mnie zaraza nie tknęła. Chory jak nic ten ptak. A my jak głupcy, wierzyliśmy w duchy i upiory. Tfu, diabli nadali. Nie ma żadnych upiorów, sąsiedzie. Tyle ludzi zmarło, tfu!
Zyta przypatrywała się lękliwie szamotaninie. Tłum szarpał i popychał jakąś postać, odzianą w czarny, długi płaszcz z kapturem. Taką samą istotę widziała którejś nocy, zapewne też o czymś podobnym wspominała znachorka. Złowroga kosa leżała na chodniku, obok niej rozwiązany worek, z którego wystawały ciemne kształty – prawdopodobnie ptaki.
- Dawać go tu! – ryknął sąsiad. – Zaraz wszyscy się przekonają, jaki to upiór.
Postać w czarnym obleczeniu została wypchnięta na przód, zaplątała się w fałdach materiału i runęła na chodnik. Kilku mężczyzn rzuciło się, by nie pozwolić uciec tajemniczemu osobnikowi. Zapalczywy sąsiad chwycił kaptur płaszcza i poderwał ubranie do góry. Leżącego podniesiono i ustawiono w pozycji pionowej.
Nie wierzę – pomyślała Zyta.
Z pobladłej, pokrwawionej twarzy patrzyły na nią zielone oczy Emiliana.

*

- Zapalać! – krzyknął ktoś.
Zatrzeszczały suche bierwiona i języki ognia zaczęły ogarniać nagromadzoną masę drewna. Wąskie smużki dymu podnosiły się do góry najpierw wolno, jedna po drugiej, potem już całe kłęby ruszały ku niebu jakby na cześć i chwałę tej sile, która wznieciła je ze smolnych szczapek. Tłum nieco się odsunął, po części, żeby mieć lepszy widok, a po części dlatego, że dym gryzł w oczy i powodował kaszel.
Wszyscy byli mocno rozczarowani, bo widowisko nie spełniło pokładanych w nim oczekiwań. Człowiek, który w tej chwili był ledwo widoczny zza szarych oparów, zachowywał się, jakby mu było wszystko jedno. Powiesić? Ależ proszę bardzo. Otruć? Jak sobie chcecie. Spalić na stosie? Wasza sprawa.
Ostatecznie stanęło na stosie, chcieli mieć trochę rozrywki. Tymczasem, choć ogień podnosił się coraz wyżej, nieznajomy ani drgnął. Nie patrzył na nich, co prawda, a zza kurtyny dymu nie widzieli dokładnie jego twarzy, mógł więc się krzywić do woli. Spodziewali się jednak krzyków, jęków i błagań o litość.
Nic.
Mijały minuty, wypełnione tylko trzaskaniem ognia, który z zapałem godnym lepszej sprawy trawił kolejne kawałki drewna.
W tłumie była również Zyta. Rodzice i wuj Zenobiusz zachowywali się, jakby nic się nie stało. Nawet nie odezwali się, żeby zaprotestować, kiedy burmistrz miasta ogłaszał okrutną karę śmierci. Dziewczyna nie umiała tego zrozumieć, jak i nie potrafiła wyjaśnić motywów postępowania Emiliana. Ratował życie i jednocześnie je odbierał? Jak mógł być tak bezduszny?
Jej nikt nie pytał o zdanie, bo była za młoda i jednocześnie była płci żeńskiej. Zapewne okazałaby się jedyną osobą przeciwko wyrokowi.
Ogień podnosił się coraz wyżej i wyżej. Zyta wspięła się na palce. Chciała, żeby przed śmiercią popatrzył jej w oczy, przecież nawet nie zdążyła mu podziękować. Nieważne, co było przedtem i potem, ich rodzinę ocalił i za to była mu niesamowicie wdzięczna.
Jakby na zawołanie, Emilian podniósł głowę – dziewczyna widziała niewiele przez dym, ale dostrzegła, że zielone spojrzenie zwrócone jest prosto na nią. Smugi ognia tworzyły jasnoczerwone, rozedrgane obramowanie dla ostatecznego obrazu, podkrążone, zielone oczy, nad nimi klejące się do czoła czarne kosmyki.
Płomienie nagle buchnęły mocniej i wszystko znikło. Zyta zrozumiała, że nie zdążyła.
Obejrzyj się.
Za nią, w odległości może kilkunastu metrów, dostrzegła dwie, przejrzyste postacie. Wysmukłą kobietę w długiej sukni i Emiliana. Pomachał jej ręką. Jednak kiedy mrugnęła, obraz zatarł się w dymie, który spowijał cały plac.


* Cytat pochodzi z wiersza Leopolda Staffa pt. „Nów”


Ostatnio zmieniony przez kate-rama dnia Nie 14:38, 15 Lut 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Gildia Muz - Forum Literackie Strona Główna -> Opowiadania, miniatury, drabble Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group

Theme xand created by spleen & Programosy.
Regulamin